Coraz więcej kobiet wraca do jazdy konnej po latach przerwy albo zaczyna tę przygodę dopiero jako dorosłe. Często z tremą, czasem po kontuzji, zwykle z pytaniem: czy jestem wystarczająco dobra, żeby tu być? O tym, jak wygląda przestrzeń, w której to pytanie w ogóle przestaje mieć znaczenie, rozmawiamy z Malwiną Przyśliwską, trenerką i autorką projektu „Wskocz w jeździectwo" - prekursorką obozów jeździeckich tworzonych z myślą o kobietach. Rozmowa o powrotach do pasji, przełamywaniu lęku, dobrze dobranym sprzęcie i o tym, dlaczego kobieca grupa potrafi tak mocno się wspierać.
Spis treści
- Wprowadzenie
- Od dziecięcej fascynacji do zawodu
- Skąd narodził się pomysł na „Wskocz w jeździectwo"?
- Dlaczego obozy skierowane do kobiet?
- Jeździectwo bez oceniania i presji
- Różne poziomy zaawansowania, wspólna pasja
- Jak buduje się wspierającą grupę?
- Powrót do jeździectwa po przerwie
- Praca z lękiem - narzędzia, nie obietnice
- Kobiety w jeździectwie - stereotypy i wzajemne wsparcie
- Czy w tej przestrzeni jest miejsce dla mężczyzn?
- Największa nagroda w pracy
- Dobrze dobrany sprzęt a komfort w siodle
- Szybkie strzały
- Podsumowanie
Wprowadzenie
Jeździectwo bywa wymagające nie tylko fizycznie. Dla wielu kobiet, które wracają do siodła po przerwie albo dopiero zaczynają, barierą okazuje się nie technika, lecz obawa przed oceną i przekonanie, że jest już za późno. Przestrzeń, w której można uczyć się bez presji, dzielić się doświadczeniem i czuć swobodnie niezależnie od wieku czy poziomu zaawansowania, wciąż nie jest oczywistością.
Malwina Przyśliwska od trzydziestu lat jest związana z końmi, a od kilku lat prowadzi obozy jeździeckie kierowane do kobiet. W rozmowie opowiada o tym, jak narodził się projekt „Wskocz w jeździectwo", dlaczego zdecydowała się tworzyć go z myślą o kobietach i co, poza nowymi umiejętnościami w siodle, chciałaby dać uczestniczkom. Poniższy wywiad to zapis tej rozmowy - uporządkowany i zredagowany, ale wierny temu, co powiedziała.
Od dziecięcej fascynacji do zawodu
Kinga (Equishop): Jak zaczęła się Twoja przygoda z jeździectwem?
Malwina WWJ: To było bardzo dawno temu - miałam dziewięć lat, czyli jakieś trzydzieści lat temu. Moja kuzynka mieszkała obok stajni, za starymi murami dworku, i przy tym dworku były konie. Zawsze mnie to fascynowało. W końcu kuzynka mnie tam zabrała, a potem każdy weekend spędzałam u cioci i chodziłam do stajni od rana do wieczora.
Później błagałam rodziców, żeby kupili mi konia rekreacyjnego, w którego się tam zakochałam - taką klacz. I udało się. Od tego wszystko potoczyło się już lawinowo: kolejne konie, praca przy koniach. Tak naprawdę, kiedy skończyłam osiemnaście lat, moją pierwszą pracą było bycie berajterem u pana Jarosława Skrzyczyńskiego. Wcześniej też zajeżdżałam konie u pani trener, u której byłam w stajni bardzo długo.
Nie jeździłam jak inne dzieci na kolonie i wakacje - ja chciałam po prostu siedzieć w stajni. I tak zostało do dziś.
Kinga (Equishop): Poszłaś w stronę skoków przez przeszkody?
Malwina WWJ: Tak. Na początku, jako bardzo małe dziecko, byłam zafascynowana ujeżdżeniem. Pamiętam, że pan Michał Przybylak, który prowadził nas w rekreacji, powiedział mi, że i tak kiedyś się tym znudzę i będę chciała skakać. Trochę wykrakał.
Ujeżdżenie bardzo mi się podoba i uważam, że jest podstawą, ale miałam epizody startów ujeżdżeniowych, które - o dziwo - mnie stresowały. Stresowało mnie to, że muszę zapamiętać cały czworobok, wyjechać od literki do literki. Jakoś mnie to nie wciągnęło.
Co ciekawe, koń, którego kupili mi rodzice - Doskok - teoretycznie był koniem do ujeżdżenia. Był ślepy na jedno oko i na początku nie chciał skakać. A potem, kiedy go naskakaliśmy, okazał się ogromnym talentem skokowym. I wtedy zaczęłam rozwijać się w skokach. Tak zostało do dziś.
„Nie jeździłam jak inne dzieci na kolonie i wakacje - ja chciałam po prostu siedzieć w stajni."
Skąd narodził się pomysł na „Wskocz w jeździectwo"?
Kinga (Equishop): Za Tobą trzydzieści lat w jeździectwie, które stało się Twoją pracą. W którym momencie pojawił się pomysł, żeby organizować obozy?
Malwina WWJ: O obozach myślałam już jakieś pięć lat temu, ale początkowo wyobrażałam sobie coś typowo sportowego, tyle że bardzo holistycznego - z dietetykiem, psychologiem sportu, trenerem ujeżdżeniowym i skokowym na wysokim poziomie, z dużą dawką pracy mentalnej i wiedzy o zachowaniu koni. Nie mogłam się jednak zebrać, a podobny obóz zorganizował trener Maciej Wojciechowski. Pomyślałam wtedy: skoro ktoś już to zrobił, to nie ma sensu. I trochę odpuściłam.
W 2022 roku złamałam trzy kręgi. Kilka miesięcy spędzonych na rekonwalescencji dało mi dużo czasu na refleksję. Zdałam sobie wtedy sprawę, że jeździectwo to nie tylko starty i własna jazda, ale również przekazywanie wiedzy innym. To doświadczenie sprawiło, że jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę rozwijać się jako trenerka i edukatorka. Dziś, po powrocie do pełnej sprawności, nadal jeżdżę konno i trenuję, ale patrzę na swoją pracę z zupełnie innej perspektywy.
Przeczytaj także: jak jeździecka kamizelka ochronna mogłaby uchronić mnie przed wypadkiem.
Zobaczyłam też, jaką mam grupę odbiorców na Instagramie. Tworzyłam treści zupełnie intuicyjnie, wrzucałam to, co uważałam za potrzebne. Obserwowały mnie głównie kobiety - jakieś dziewięćdziesiąt kilka procent. Często pisały, czy mogą przyjechać do mnie na trening, a jeśli nie mają konia albo są z daleka, to co wtedy? I tak zrodził się pomysł, żeby zrobić szkolenie w formie obozu - dla osób na różnym poziomie.
Chciałam, żeby to nie było sztywne. Żeby w dobrze spędzonym czasie zmieścić duży zasób wiedzy i dużo praktyki. Szkolenia trzydniowe uważam za trochę za krótkie, więc postawiłam na pięć dni. Zależało mi na dobrym obiekcie, w którym konie mają dobre warunki, na dobrych koniach do dyspozycji dla osób bez własnego konia, na porządnym hotelu i dobrym jedzeniu. Do tego doszedł pomysł sesji zdjęciowej i sesji pracy z ziemi. Początkowo chciałam do tego zaprosić behawiorystów, ale same dziewczyny powiedziały, że wystarczy, jeśli poprowadzę to sama - tak jest im bliżej i bardziej przystępnie.
Do działania pchnął mnie mój obecny partner, Bartek. Powiedział po prostu: „Dawaj, robimy to". Zrobił mi stronę internetową i od początku wierzył we mnie bardziej, niż ja sama wierzyłam w siebie. Nie byłabym jednak w tym miejscu również bez Wiktorii, mojej zawodniczki, przyjaciółki i współorganizatorki obozów. To osoby, które nie tylko mnie wspierały, ale realnie pomagały budować to wszystko krok po kroku. Jestem im za to ogromnie wdzięczna.
Kinga (Equishop): Miałaś w głowie całą wizję, ale nie potrafiłaś ruszyć - udało się dzięki wsparciu odpowiednich ludzi i Twojej determinacji.
Malwina WWJ: Dokładnie. Sama marka powstała trochę wcześniej i funkcjonowała pod nazwą Your Lucky Horse, a potem przekształciłam ją w „Wskocz w jeździectwo" - jestem trenerem skokowym, więc jakoś tak do mnie przyszło.
Zauważyłam, że bardzo dużo osób potrzebuje tak naprawdę podstaw i ich zrozumienia. Na treningach często rzuca się utartymi sloganami, a większość ludzi ich nie rozumie albo rozumie w nie do końca prawidłowy sposób. Widzę to po osobach, które do mnie przychodzą, a teraz - dzięki kontaktowi z wieloma kobietami trenującymi w całej Polsce - widzę to jeszcze wyraźniej. Często jest problem z komunikacją między trenerem a jeźdźcem i z wytłumaczeniem takich pojęć jak półparada, zamknięcie w łydkach czy impuls.
Człowiek, który dopiero zaczyna albo był wcześniej źle prowadzony i nikt mu porządnie nie wytłumaczył podstaw, po prostu błądzi. Nie wie, jak coś wykonać ani jakie ma mieć odczucie. Dopiero kiedy odpowiednio się go pokieruje i jasno wytłumaczy - praca i progres zaczynają iść.
Dlaczego obozy skierowane do kobiet?
Kinga (Equishop): Jaka jest najważniejsza misja Twoich obozów i całej działalności?
Malwina WWJ: Im jestem starsza i im więcej przeżyłam, tym więcej mam empatii wobec kobiet. Uważam, że przez ostatnie dziesięciolecia bardzo ruszyłyśmy do przodu - jesteśmy niezależne, wychodzimy z pewnego patriarchalnego modelu. I to nie dotyczy tylko jeździectwa.
Na obozy przyjeżdżają do mnie kobiety z różnych sfer i zawodów. Są wśród nich matki, mężatki, singielki, kobiety biznesu. Łączy je jedno - pasja do koni. Ale każda z nas ma inne doświadczenia życiowe, a historie, które poznaję na obozach, są naprawdę niesamowite.
Uważam, że pasja bardzo mocno wpływa na rozwój człowieka. To, że dziewczyny wracają po latach, że wreszcie robią coś dla siebie, że mają możliwość, której wcześniej nie miały - to pokazuje, jak głęboko pasja w nas tkwi. Daje długofalowe szczęście, a nie chwilowy zastrzyk dopaminy. Prędzej czy później do niej wracamy.
Bardzo doceniam te historie. Kobiety mają dziś ogromną siłę przebicia i determinację. Sama różne rzeczy przeżyłam i uważam, że jesteśmy po prostu bohaterskie. Stąd pomysł, żeby robić to dla kobiet.
„Pasja daje długofalowe szczęście, a nie chwilowy zastrzyk dopaminy."
Jeździectwo bez oceniania i presji
Kinga (Equishop): Z czym chciałabyś, żeby uczestniczki wyjeżdżały z obozu - poza nowymi umiejętnościami jeździeckimi?
Malwina WWJ: Chciałabym, żeby wyjeżdżały naładowane pozytywną energią. Miałam wiele kobiet, które przyjeżdżały po przerwach i zastanawiały się, czy w ogóle jest sens wracać do koni. Zależy mi, żeby odnalazły w tej pasji radość życia. To chyba główny cel.
Drugą rzeczą jest zrozumienie zwierzęcia. To nie jest tylko kwestia tego, jak założyć siodło, kantar czy jak wjechać na plac. Konie trzeba rozumieć. Mam do nich dużo empatii, ale ich nie uczłowieczam. Koń nigdy nie będzie człowiekiem, a my nigdy nie będziemy koniem. Trzeba mówić do nich w ich języku i to my musimy dostosować się do nich, bo one się do nas nie dostosują.
Konie nie robią rzeczy „złośliwie" ani „specjalnie" - bardzo dużo ich zachowań ma konkretny powód. Tak samo jest w życiu: nie trafiamy przypadkowo na danych ludzi ani w dane sytuacje, wynika to z naszych przeżyć i doświadczeń.
Kolejna rzecz to swoboda. Kobiety często pytają, czy to szkolenie dla nich, czy będą na wystarczającym poziomie. Chcę, żeby czuły się swobodnie, żeby nie czuły się oceniane i żeby wyjechały z rozwiązaniem konkretnego problemu - na przykład kiedy nie potrafią zagalopować. Staram się podejść do tematu tak, żeby dana osoba naprawdę zrozumiała, jak to zrobić i dlaczego wcześniej jej nie wychodziło.
Kinga (Equishop): Dużą wagę przywiązujesz też do pracy z ciałem.
Malwina WWJ: Tak. Na obozach robimy ćwiczenia dla jeźdźca - takie w duchu pilatesu, oparte na poprawnych ćwiczeniach. Słowem kluczem dla całego tego przedsięwzięcia jest uświadomienie: jak komunikować się z koniem z siodła, jak komunikować się z ziemi i w jakim stanie jest nasze ciało.
Często wymagamy dużo od koni, siadamy i chcemy, żeby coś nam wychodziło, a sami spędzamy osiem godzin przed komputerem i nie mamy ruchu. Dlatego zależy mi, żeby zadbać o to ciało - nie po to, żeby lepiej wyglądać, tylko żeby być sprawnym i zdrowym przez resztę życia. Sama kiedyś doprowadziłam się do małej ruiny, mając trzydzieści lat, i od tamtej pory regularnie ćwiczę oraz rozsądnie się odżywiam.
Obozy zrobiłam dla dorosłych między innymi dlatego, że kobiety inaczej czują swoje ciało. Z biegiem lat i doświadczeń bardziej słuchają siebie i mają większą świadomość.

„Słowem kluczem jest uświadomienie - jak komunikować się z koniem i w jakim stanie jest nasze ciało."
Różne poziomy zaawansowania, wspólna pasja
Kinga (Equishop): Zdarza się, że kobieta przyjeżdża z konkretnym celem, a wyjeżdża z zupełnie innym odkryciem?
Malwina WWJ: Bardzo często. Najlepszym przykładem jest historia kobiety, która zaczęła jeździć dwa lata temu, w wieku czterdziestu trzech lat. Zaprowadziła córkę na konia, córka przestała jeździć, a ona została. Przyjechała do mnie, bo nie mogła zagalopować - mimo że była wysportowana i szczupła.
To zresztą ciekawe: ludzie uprawiają różne sporty, siadają na konia i okazuje się, że to dużo trudniejsze, niż się wydawało. Ta uczestniczka wyjechała z obozu praktycznie z koniem. Tak spodobał jej się koń, na którym jeździła podczas obozu, że opowiadała o nim mężowi - a mąż w niespodziance go kupił. Przyjechała pewnego dnia do stajni, w której miała dzierżawić konia, a tam stał ten koń z wielką kokardą. Poznała go: „Boże, to Larina!". Mąż słuchał jej opowieści, zadzwonił do właścicieli stajni i kupił konia w prezencie.
Kinga (Equishop): Jesteś więc świadkiem nie tylko pracy, ale i pięknych momentów, których kobiety doświadczają dzięki koniom.
Malwina WWJ: Dokładnie. Mam dziewczynę, która wraca do mnie na obozy - teraz będzie po raz trzeci. Wróciła do jazdy po dwóch latach przerwy, bo miała wypadek: złamała kręgosłup na koniu. Na początku ostrożnie siadała, nie była pewna, ale stwierdziła, że chce spróbować. Na obozie zrobiła ogromny postęp, zaczęła ćwiczyć według pokazanych ćwiczeń, wróciła do domu i trenowała coraz więcej. Napisała mi, że nie mówiła nikomu, gdzie była, a jej trener bardzo ją pochwalił: „gdzie ty byłaś, że dzisiaj tak dobrze jeździsz?". Wydzierżawiła konia, chce kupić własnego, jeździ ujeżdżenie, a niedawno pojechała nawet na zawody skokowe.
Ale najbardziej chwytająca za serce jest historia kobiety, która była u mnie zeszłego lata. Miała sześćdziesiąt cztery lata i osiemnastoletnią przerwę od jeździectwa. W wieku czterdziestu kilku lat przeżyła wypadek komunikacyjny i była dotkliwie połamana - miała strzaskane kolano, kość łonową i miednicę. Próbowała wracać do jazdy, ale za każdym razem sprawiało jej to ogromny ból. Całe życie pracowała w służbie zdrowia jako ratownik medyczny. Po osiemnastu latach zaczęła powoli wracać w siodło i przyjechała do mnie na obóz.
Na koniec dziękowała mi ze łzami - była wdzięczna, że w ogóle mogła tam z nami być. Ania miała sześćdziesiąt cztery lata, były też dziewczyny czterdziestoparoletnie, trzydziesto- i dwudziestoparoletnie, i wszystkie świetnie się razem bawiłyśmy. Mimo tak trudnych doświadczeń i kontuzji ta pasja wciąż w niej była. Nie miało znaczenia, że była najstarsza ani czy jeździła lepiej, czy gorzej - cieszyła się, że w ogóle może jeździć.
„Nie mamy ograniczeń wiekowych ani ograniczeń w ciele. Mamy jedynie ograniczenia w głowie. A jeśli one znikną, naprawdę bardzo dużo możemy zrobić."
Jak buduje się wspierającą grupę?
Kinga (Equishop): Czym atmosfera kobiecego obozu różni się od zwykłych treningów, konsultacji czy innych wyjazdów jeździeckich?
Malwina WWJ: Nazwałam to obozem z dwóch powodów: bo trwa kilka dni i bo chciałam, żeby przy okazji był miłym spędzeniem czasu. Wyobrażam sobie, że te kobiety często mają na głowie pracę, dzieci i dom, więc zależało mi, żeby przez pięć dni odpoczęły i oddały się tylko pasji i sobie. Każda z nas lubi mieć dobre warunki - nie mówię o luksusie, ale o dobrym jedzeniu czy możliwości wyspania się.
Nie chciałam robić sztywnych wykładów o tym, jak pracuje ciało konia albo jak powinno się siedzieć. Uważam, że lepszą opcją jest obserwowanie cudzych treningów i słuchanie tego, co mówię na bieżąco. Uczestniczki widzą, co dzieje się z daną osobą, jakie rzucam komendy, jak to tłumaczę i jak potem ta osoba to wykonuje. Łatwiej zapamiętać coś podpartego praktyką - słyszymy to, widzimy, a potem wsiadamy na konia i możemy poczuć. Działamy z trzech stron.
Dlatego namawiam dziewczyny, żeby siedziały razem na treningach. One się wspierają, dopingują, nagrywają nawzajem. Jednej coś wychodzi lepiej, drugiej gorzej, każda się stresuje czymś innym - i naprawdę czuć, że sobie pomagają. Często na obozach się poznają i utrzymują kontakt, czasem przyjeżdżają dwie przyjaciółki. To odróżnia takie spotkanie od suchych szkoleń.
Kinga (Equishop): Obóz to jednak nie tylko treningi.
Malwina WWJ: Z jednej strony mamy treningi, a po południu na przykład sesję zdjęciową - przebieramy się, malujemy, robimy piękne zdjęcia z końmi. Coś babskiego. Albo tworzymy mapę marzeń. W codziennym życiu trudno znaleźć trzy, cztery godziny, żeby usiąść i zastanowić się nad sobą, nad tym, czego chcemy i jakie mamy cele. A tam jest na to czas. Dla większości dziewczyn, które nigdy tego nie robiły albo nie zrobiły w danym roku, wieczór z mapą marzeń bywa naprawdę wyjątkowy - często się przy nim wzruszają.
Miałam też uczestniczkę, która pracowała w służbie zdrowia i akurat walczyła z rakiem. Całe życie ciężko pracowała, nie było jej stać na wiele rzeczy, a wyjazd na obóz był dla niej zrobieniem czegoś dla siebie. To piękne, że robią taki krok w swoją stronę i pozwalają sobie na moment zatrzymania.
Chcę połączyć szkolenie jeździeckie - treningi skokowe, ujeżdżeniowe i lonżę dosiadową - z pracą nad ciałem i z czasem dla siebie w babskim gronie. Żeby czuły się w nim bezpiecznie i nieoceniane.
Powrót do jeździectwa po przerwie
Kinga (Equishop): Kobiety przychodzą do Ciebie także po przerwach. Z czym przychodzą i czego się wtedy najbardziej obawiają?
Malwina WWJ: Różnie. Jedne boją się oceny - ale to raczej młodsze dziewczyny, do trzydziestego roku życia; starsze rzadziej. Inne boją się, czy dadzą radę, czy dościgną grupę poziomem. Bywa, że powodem przerwy był upadek albo inne zdarzenie i wtedy pojawia się strach. Czasem przerwa wynika z ciąży, urodzenia dziecka czy studiów. Prawie zawsze trafia się na obozie osoba, z którą trzeba popracować nad lękiem.
Kinga (Equishop): Gdybyś miała to uprościć - z jakimi problemami kobiety przychodzą najczęściej?
Malwina WWJ: Na pewno lęk. Na pewno brak zrozumienia różnych rzeczy - czy to konia, czy aspektów technicznych. I dosiad.
Jeśli miałabym to uogólnić: chodzi o zrozumienie pewnych rzeczy. Uczestniczki stoją w jakimś punkcie, mają problem z kontaktem, z jazdą, z najazdem między przeszkodami - i często to po prostu brak zrozumienia, jak mają zadziałać. Chodzi o to, żeby coś zrozumieć, usłyszeć inaczej albo ruszyć z martwego punktu.
Bardzo dużo dziewczyn zmaga się z dosiadem. Robię przed obozem formularze, w których proszę, żeby napisały, na jakim są poziomie i czego oczekują. W większości pojawia się właśnie poprawa komunikacji z koniem albo poprawa dosiadu.
Praca z lękiem - narzędzia, nie obietnice
Kinga (Equishop): Jak pracujesz z uczestniczkami, które boją się upadku, utraty kontroli albo oceny innych?
Malwina WWJ: To temat szeroki. Nie mam wykształcenia psychologicznego, ale z racji zawodu uważam, że muszę mieć jakąś wiedzę o żywieniu, o ciele człowieka, o koniu i jego psychice. Trening mentalny ma tu ogromne znaczenie i wymaga sporo pracy.
Przeczytaj nasz wpis o lęku przed upadkiem: strach przed upadkiem z konia i jak go przełamać.
Zaczynam od dojścia do tego, jaki to problem - czy jest powypadkowy, czy wynika z samej przerwy, czy z oceniania. Wszystkie te rzeczy mają gdzieś swoje podłoże. Jeśli ktoś przeszedł traumę, to trzeba popracować z traumą. Mogę świadomie wytłumaczyć, że dana sytuacja już się wydarzyła, nie mamy na nią wpływu, ale mamy wpływ na to, co jest tu i teraz. Mówię też, że wypadki się zdarzają, ale jesteśmy zabezpieczeni - mamy kask. Dlatego dla komfortu psychicznego zachęcam do jazdy w kamizelce, bo daje bufor bezpieczeństwa.
Staram się dojść do korzenia problemu, ale jeśli wiem, że to trauma, to nie pomogę w pięć dni - realnie. To praca na podświadomości, bardzo długi proces. Jeśli jednak ktoś do mnie przyjedzie, usłyszy o tym, zobaczy sens i sam to pociągnie dalej, to już dużo. Każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie - ja mogę tylko pokazać drogę.
Kinga (Equishop): Podchodzisz do tego coachingowo.
Malwina WWJ: Tak. Kiedy ktoś ma problem z ocenianiem, zaczynam dociekać, skąd się to bierze i na jakiej podstawie ktoś tak myśli. Często to sprawy z dzieciństwa i z życia, które przekładają się na konie. Daję wskazówki, które pomagają radzić sobie w takich momentach - na przykład metodę oddechu pudełkowego albo skupienie na tym, co się widzi, słyszy i czuje, żeby wrócić do siebie. To narzędzia, których nie przeprocesuję w pięć dni, ale jeśli ktoś w nie uwierzy i dalej z tym pójdzie - to już jego praca. W razie potrzeby odsyłam do pracy z psychologiem.
Moja codzienna praca jako trenera też polega na pracy mentalnej - nad zrozumieniem konia, nad strachem, nad przekonaniami. To praca długofalowa. Najlepszą gratyfikacją po obozach są wiadomości, że komuś pomogłam, że wraca do koni, że coś przewalczyła albo zrozumiała. Dla większości dziewczyn obóz staje się punktem zwrotnym - w życiu albo w jeździectwie.
Mam też uczestniczkę, która się rozwodzi. Wiele rzeczy dotarło do niej przez rozmowy między nami, kobietami. Utrzymujemy kontakt. Nawet takie wymienianie się doświadczeniami bywa na jakimś etapie życia bardzo pomocne.
„Ja mogę tylko pokazać drogę. A to, czy ktoś nią pójdzie, to już osobna kwestia."
Ważna uwaga: Malwina Przyśliwska podkreśla, że nie jest psychologiem i przy poważniejszych trudnościach, takich jak trauma, odsyła uczestniczki do specjalisty. Opisane techniki traktuje jako narzędzia wspierające, a nie terapię.
Kobiety w jeździectwie - stereotypy i wzajemne wsparcie
Kinga (Equishop): Z jakimi stereotypami dotyczącymi kobiet w jeździectwie spotykasz się najczęściej?
Malwina WWJ: Najczęściej z tym, że „baba nie da rady", „baba jest słaba" albo że „do konia trzeba siłą".
Kinga (Equishop): Czy środowisko jeździeckie jest dla kobiet wspierające? Co warto by w nim zmienić?
Malwina WWJ: Myślę, że nie zawsze. Bardzo dużo zmieniło się na plus, ale nadal pojawia się seksistowskie podejście - umniejszanie potrzeb, głupie dogadywanie w stylu „pewnie okres miała". Częściej dzieje się to w starszym gronie.
Widzę to po swoim profilu. Kiedy zaczęłam publikować rolki z prostymi wskazówkami, najwięcej hejtu dostawałam od starszych mężczyzn, mniej więcej pięćdziesiąt, sześćdziesiąt plus - od kobiet też, najczęściej na Facebooku. Od mężczyzn często pada wydźwięk „co ta młoda dziewucha będzie gadać". Wyglądam dość młodo i jeśli ktoś się nie zainteresuje, nie wie, ile mam doświadczenia zawodowego. Jeżdżę konno trzydzieści lat, ale przede wszystkim od osiemnastego roku życia pracuję przy koniach zawodowo. Zajeździłam ich naprawdę wiele - pewnie ponad dwieście, trzysta. Pracowałam jako zawodnik, jeździec i trener. Cały czas się uczę i pewnie całe życie będę się uczyć.
Widzę też, że trener mężczyzna wciąż ma większe poważanie niż kobieta, nawet jeśli nie ma takich osiągnięć. Do tego dochodzi kwestia wieku - kto wygląda młodziej, ten bywa negowany. Najbardziej zauważam to od dwóch lat, odkąd prowadzę profil, bo na co dzień otaczam się raczej ludźmi z doświadczeniem.
Kinga (Equishop): A czy kobiety wspierają się w jeździectwie?
Malwina WWJ: Ja przynajmniej nie widzę, żeby się nie wspierały. Wiem, że bywa różnie, ale nie lubię generalizować - tak samo jak nie lubię podejścia, że „środowisko jeździeckie jest zepsute". Nie jest. Jest bardzo dużo wartościowych ludzi. W każdym małym środowisku znajdzie się garść rzeczy do odrzucenia i garść do wzięcia. Pytanie, co z tego weźmiemy.
Wsparcie kobiet dopiero teraz zaczęło się na dobre dziać. Kiedy zeszłego roku zrobiłam pierwszy obóz stricte dla kobiet, potem pojawiało się ich coraz więcej - i to mnie cieszy. Nie czuję oddechu konkurencji na plecach, bo te kobiety przyjeżdżają do mnie, a nie tylko na „obóz dla kobiet".
Kinga (Equishop): Cieszysz się więc, że jesteś prekursorką i ruszasz innych do działania.
Malwina WWJ: Tak. I że kobiety się nie boją, nie wstydzą, że naprawdę robią to dla siebie.
Czy w tej przestrzeni jest miejsce dla mężczyzn?
Kinga (Equishop): Dostajesz pytania o obóz dla mężczyzn. Czy w Twojej przestrzeni jest dla nich miejsce?
Malwina WWJ: Oczywiście, że tak. To, że obozy są dla kobiet, wynika po prostu z tego, jak wygląda codzienność. W stajniach, w których pracuję i prowadzę treningi, dziewięćdziesiąt kilka procent to kobiety. Z mężczyzn są zwykle stajenni albo przyjeżdżający trener; rzadziej ktoś, kto ma własnego konia. W sporcie mężczyzn pojawia się nieco więcej, ale i tak w stajniach przeważają kobiety i z perspektywy czasu nie widzę, żeby to się bardzo zmieniało.
Zdarzało mi się trenować mężczyzn i mam pomysł na obóz dla nich - z nieco zmienionym profilem, bo pewnie chcieliby rozmawiać o czymś innym. Myślę, że zrealizuję to w przyszłym roku. Jeden pan napisał kiedyś pod postem, że to będzie nagroda Nobla dla tej pani, jeśli zbierze ośmiu facetów jeżdżących konno w jednym czasie.
Największa nagroda w pracy
Kinga (Equishop): Co jest dla Ciebie największą motywacją i nagrodą w tej pracy?
Malwina WWJ: Szczęście osoby, którą uczę. To daje mi najwięcej radości. I to, kiedy widzę, że koń jest zadowolony, bo wreszcie czuje się zrozumiany. To dla mnie podstawa. Konie nie są „polityczne" jak my - potrzebują jasności, muszą wiedzieć, co im wolno, a czego nie. Potrzebują wyraźnie zaznaczonych granic i wtedy czują komfort. Z ludźmi jest podobnie: też lubimy wiedzieć, na czym stoimy.
Nie mam ciśnienia, żeby ktoś koniecznie jeździł ze mną sport - choć lubię zawody. Ogromną satysfakcję daje mi to, że moje konie w treningu są zdrowe, dobrze się czują pod siodłem i w otoczeniu ludzi, są prawidłowo umięśnione i nie miewają kontuzji. A ludzie są szczęśliwi z tego, co robią, na miarę swoich możliwości.
Dobrze dobrany sprzęt a komfort w siodle
Kinga (Equishop): Czy dobrze dobrany sprzęt wpływa na komfort kobiet w siodle?
Malwina WWJ: Oczywiście. Kiedy ktoś przychodzi do mnie na trening, patrzę na cały sprzęt - na ochraniacze, na to, jak leży siodło i popręg, jakie jest ogłowie i jak jest zapięte. Tak samo patrzę na jeźdźca: czy ma odpowiednie buty, czy ma dobry i dobrze dopasowany kask.
Miałam dziewczynę, która miała świetny kask marki KEP, ale przy upadku uderzał ją w nos - prawdopodobnie był na nią za duży albo niedopasowany do kształtu głowy. A to bardzo istotne: co z tego, że ma kask, skoro mogła złamać nos.
W umowie na obozy mam zaznaczone, że obowiązuje jazda w kasku - nawet kiedy tylko siadam na prowadzonego konia - i że zalecam jazdę w kamizelce. Kamizelka dużo daje, a jednocześnie nie przeszkadza w treningu. Dzisiejsze kamizelki są świetnie wyprofilowane i dobrej jakości, więc jeśli coś takiego jest, lepiej z tego korzystać. Ważne są też bezpieczne strzemiona. Kiedy ktoś jeździ na koniach dostępnych w ośrodku, korzysta ze sprzętu, który jest - ale sama przykładam do tego wagę. Elastyczne strzemiona wpływają na pracę stawu skokowego i kolanowego, a dobrze dopasowane siodło i dobre bryczesy również mają znaczenie. To małe elementy, ale wpływają na całość.
Kinga (Equishop): Po czym poznajesz, że dana osoba czuje się w siodle komfortowo?
Malwina WWJ: Po ciele, przede wszystkim. Widać to od razu - po mimice twarzy, po ciele, po oddechu i po koniu.
„To małe elementy, ale te małe elementy wpływają na ogólną całość."
Szybkie strzały
Kinga (Equishop): Jakiej zmiany najbardziej potrzebują dziś kobiety w polskim jeździectwie?
Malwina WWJ: Wiary w siebie.
Kinga (Equishop): Co powiedziałabyś kobiecie, która marzy o powrocie do siodła, ale uważa, że jest już za późno?
Malwina WWJ: Nie ma czegoś takiego jak „za późno". Jak chce, to niech wraca.
Kinga (Equishop): Jak wyglądałoby idealne środowisko jeździeckie dla kobiet?
Malwina WWJ: Wspierające, rozumiejące, świadome.
Kinga (Equishop): Jaką jedną rzecz kobieta powinna usłyszeć przed wejściem w siodło?
Malwina WWJ: Słuchaj siebie i konia.
Kinga (Equishop): Dokończ zdanie: kobieta w siodle może...
Malwina WWJ: Może wszystko.
Podsumowanie
Kobiece obozy jeździeckie, o których opowiada Malwina Przyśliwska, mogą być przestrzenią dla bardzo różnych osób: dla kobiet wracających do jazdy po przerwie lub kontuzji, dla tych, które zaczęły dopiero jako dorosłe, oraz dla uczestniczek na różnym poziomie zaawansowania, od początkujących po jeżdżące sportowo. Łączy je nie poziom, lecz pasja.
Z rozmowy wyłania się obraz społeczności, w której wzajemne wsparcie ma konkretny wymiar: uczestniczki obserwują swoje treningi, dopingują się, wymieniają doświadczeniami i często pozostają w kontakcie po obozie. Taka atmosfera pozwala uczyć się bez presji i poczucia oceny.
Warto zapamiętać kilka jej myśli: że ograniczenia częściej tkwią w głowie niż w wieku czy ciele, że pracy z poważniejszym lękiem czy traumą nie da się „załatwić" w pięć dni i lepiej powierzyć ją specjaliście, oraz że dobrze dobrany sprzęt - kask, kamizelka, bezpieczne strzemiona - realnie wpływa na komfort i poczucie bezpieczeństwa w siodle.
Podejście projektu „Wskocz w jeździectwo", w zakresie, w jakim wynika to bezpośrednio z rozmowy, opiera się na połączeniu solidnego szkolenia jeździeckiego z pracą nad ciałem jeźdźca oraz świadomym, wspierającym podejściem do uczestniczek - bez oceniania i przy zrozumieniu potrzeb konia.






